środa, 5 września 2012

Do Polski z tym!

Praca moja tym razem jest bardziej fizyczna niż intelektualna, ale taki los humanistów. Po pierwszym dniu wrażenia pozytywne, bo jako kobieta zawsze mam możliwość powiedzenia: „scheisse, nie robię!”, ale póki co nie musiałam raczej z tego korzystać, bo praca spokojna i nieszczególnie męcząca. Mogę natomiast już opowiedzieć pierwszą historię jaka mi się przytrafiła.
Mieszkam w tym samym budynku, w którym pracuję i dostali my dzisiaj z takim jednym Niemiaszkiem karton z jakimiś rzeczami i mieliśmy sobie wybrać, co nam jest do mieszkania potrzebne, a co nie. Po selekcji poszliśmy wraz ze stertą do niczego nieprzydatnych dupereli do gościa, któremu mieliśmy to oddać. Pokazujemy co mamy, on myśli na głos, że też nie za bardzo ma co z tym zrobić, a stojący w pobliżu, obserwujący sytuację, niemieccy robotnicy krzyczą: „do Polski z tym, Polakom to dać!”.

wtorek, 4 września 2012

Nowe niemieckie miasteczko

Posiedziałam chwilę w domu rodzinnym i pognało mnie dalej w świat. Znów Niemcy i znów zadupie, ale teraz wiocha jest ciut większa i zamiast morza mam góry, więc całkiem nieźle to wygląda. Po roku w pustelni powoli oswajam się z ludźmi, ale spokojnie, należy mi ich podawać w rozsądnych dawkach abym się nie przestraszyła i nie uciekła. W tej nowej wiosce, chociaż 10 tys. mieszkańców to chyba już miasto, prawda?, fryzjer męski musi cieszyć się niezbyt dobrą sławą, bo mężczyźni chodzą zarośnięci jak Dziadek Mróz lub hodują baki na pół policzka każdy – a może to jakieś krasnoludy? Jako, że to górska mieścinka, jadąc tu autem dostałam niezły wycisk. Powiem tak: niemieckie „die Kurve” to jednak bardzo odpowiednia nazwa dla zakrętów, a jeszcze dodać do tego należy masę remontów i zamknięcie sporej części dróg, bez ustalonych objazdów, w obcej okolicy – apokalipsa! Jakoś jednak tu dotarłam i posiedzę przez najbliższe pół roku.

piątek, 20 lipca 2012

Początek końca

Już niewiele czasu zostało do końca mojego niemieckiego wygnania. Nie wiem co będę robić potem, ale i tak liczę nadgodziny aby urwać się szybciej. Codziennie cztery razy osiem wychodzi mi trzydzieści dwa. Każdego dnia wykonując mnożenie w głowie (bo umiem) jest tyle samo, a zawsze mam nadzieję, że może jednak przeżyję jakieś zaskoczenie. Nie chce mi się pisać, temat niemieckiego zadupia już się skończył, tu też niewiele już mnie zaskakuje. Chciałabym się nauczyć czegoś nowego, może jakieś angażujące hobby sobie znaleźć, pracę ciekawą. Już prawie zostałam miłośniczką szachów, ale kiedy ustawiłam w komputerze poziom trudności na wyższy (2/10), przestało być zabawnie. Krzyżówki rozwiązuję też tylko do momentu, w którym się zatykam na pytaniu, jak nazywa się filipiński lotokot - gdyby stała przede mną Kazimiera Szczuka pewnie bym się rozpłakała.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Golizna germańska

Wczoraj w końcu zaświeciło słońce, więc postanowiłam chociaż raz w pełni skorzystać z tego, że mieszkam teraz nad morzem. Wybranie odpowiedniej plaży powinno być proste - przy każdym wejściu stoi tablica informująca o charakterze danego odcinka. Niektóre są oznaczone jako plaże dla psów, a inne jako FKK, czyli plaże nudystów.  Psa nie mam, a pokazu swego boskiego ciała robić nie zamierzam (bo niby z jakiej racji), więc skorzystałam z wejścia, przy którym nie było żadnych takich znaczków.  Stanęłam sobie na piasku, rozglądam się i widzę, że jakieś rodziny z dziećmi siedzą więc chyba będzie ok, może tym razem nie przylezie mi żaden stary, goły Niemiaszek i wypoczynku nie zakłóci. Ledwie weszłam do wody, a już widzę, jak 10 m dalej do tegoż samego morza wbiega banda roześmianych golasów. Spojrzałam za siebie, na te rodziny z dziećmi, które to wcześniej usypiały moją czujność, a tam dopiero scenki rodzajowe: stoi sobie goła parka na oko pod pięćdziesiątkę i na golasa, z dziećmi zamek z piasku wznoszą. Kawałek dalej starszawy, gruby, łysiejący gość drapie się po gołym tyłku - ten to nawet całkiem kulturalnie, bo koszulkę założył. Nie wiem o co chodzi, albo z nimi jest coś nie tak, albo to ja dzioucha z zimnego wschodu taka nieprzystosowana.